Pisarz bia?oruski w powojennej Polsce (dylematy twórczoci)

Jest regu?? powszechn?, i? przynale?no?? do mniejszo?ci narodowej oznacza wybór gorszego losu. Stwierdzenie to odnosi si? g?ównie do jednostek mobilnych, wybijaj?cych si?. Natomiast w wymiarze regionalnym, spo?ecznym, uwaga ta nierzadko bywa bezprzedmiotow?, poniewa? nie wykracza poza zwyk?? konstatacj?, odnosz?c? si? do area?u zamieszka?ego przez mniejszo??, zazwyczaj peryferyjnego w pa?stwie i jaskrawo zacofanego gospodarczo i kulturalnie. St?d oczywiste k?opoty z kszta?towaniem elit, wysysanych przez centra krajowe. Dzia?anie podobnego zjawiska obserwuje si? i w skali globalnej, znanego pod skrótow? nazw? drena?u mózgów, na przyk?ad niejako prowincjonalno?? Kanady, nie mówi?c ju? o Meksyku wzgl?dem Stanów Zjednoczonych.

Mniejszo?? narodowa, je?li ogarniaj? j? tendencje emancypacyjne (popularnie okre?lane mianem odrodzenia), niechybnie wytwarza w sobie psychologiczny immunitet obronny (pasuje do? poj?cie socjologiczne, formu?owane obrazowo jako psychologia obl??onej twierdzy). Aspiracje ku w?asnemu rozwojowi zawsze uruchamiaj? dzia?anie prawa akcji i kontrakcji. Jednak?e, aby powsta?o takie obudzenie si?, musi zaistnie? pewien warunek zasadniczy - wzgl?dnie znacz?cy potencja? materialny, nasycony jako? infrastruktur? nie zablokowan? w swej dynamice. W przeciwnym razie zamiast d??no?ci do pog??bionego zakorzenienia si? i rozkwitu, nast?puje eksodus ludno?ci na tereny ?atwo wch?aniaj?ce si?? robocz? oraz do aglomeracji przemys?owych. Daje to znany efekt ?ywio?owej emigracji, która zupe?nie wyczerpuje zasoby ludzkie na danym obszarze, przekszta?caj?c go w martwe ekonomicznie po?acie. Na przyk?adzie Polski widzimy to w jej pasie wschodniego przygranicza, si?gaj?cego od Bieszczad a? po pó?nocne obrze?a Puszczy Augustowskiej, zyskuj?c pejoratywne miano ??ciany wschodniej". Wcze?niejsze analogie zachodnioeuropejskie zdaj? si? dotyczy? Bretanii, Irlandii, Galicji hiszpa?skiej.

Zdaj? sobie spraw?, i? s? mniejszo?ci narodowe egzystuj?ce wy??cznie ^ diasporze, zazwyczaj miejskiej lub wielkomiejskiej. Je?eli nie wykrystalizowa?y one w?asnych gett dzielnicowych, pe?ni?cych funkcje terytorium etnicznego, ulegaj? do?? szybko zanikowi, chyba ?e doznaj? podtrzymania ^skutek dop?ywu ?wie?ej krwi imigracyjnej (por. polskie Jackowo w Chicago czy nowojorskie kwarta?y hiszpa?skoj?zyczne). Prosz? wi?c zatem traktowa? moje spostrze?enie nie w kontek?cie mniejszo?ci w ogóle, lecz tych, które dysponuj? swoj? odwieczn? ?ma?? ojczyzn?", wyodr?bniaj?c? si? w mniej lub bardziej widoczny sposób z kompletem specyficznych problemów we wszelkich sferach ?ycia. Tak? osobliwo??, w tym wypadku bia?orusk?, stanowi Bia?ostocczyzna; wyj?wszy jej zachodni ci?g gmin jako przykrywek wschodniego Mazowsza, no i sam Bia?ystok poniek?d, miasto z przyt?aczaj?c? dominant? polsk?, chore na kompleks Pary?a (aktualnie znajduje si? w nim ju? prawie po?owa mieszka?ców województwa).

Stabilna mniejszo?? narodowa, a za tak? uchodzi tak?e bia?oruska, równolegle z przyswajaniem walorów polskich i ?wiatowych, tworzy kultur? w?asn?. Konsekwencj? tego jest stopniowe samowyposa?anie si? jej w zespó? atrybutów cechuj?cych ka?d? ukszta?towan? narodowo??. Z otch?ani folkloru i odosobnienia cywilizacyjnego najpierw pojawia si? twórczo?? literacka drugiej albo trzeciej generacji autorów, normuj?ca si? na poziomie zawodowstwa i osi?gaj?ca kontekst ogólnoeuropejski. Niemal jednocze?nie i równie dobitnie wy?aniaj? si? inne sztuki pi?kne, jak plastyka i malarstwo (np. Leon Tarasewicz spod Bia?egostoku, w tej chwili artysta o mi?dzynarodowej renomie). Najtrudniej bywa z teatrem, bowiem nie daje si? go rozwija? w oderwaniu od rodzimej widowni; nazbyt silnie warunkuje go stopie? upowszechnienia wysokiej kultury w samej nacji. Nast?pnie dochodz? do g?osu talenty naukowe, techniczne, powo?uj?ce do ?ycia organizacyjne struktury narodowe, niecz?sto w znaczeniu akademickim, a raczej w przemieszaniu z biznesem. W finale owego dojrzewania do podmiotowo?ci wy?ania si? warstewka przywódcza i politycy profesjonalni. Koniec budowy piramidy.

Bia?oruska mniejszo?? narodowa w dzisiejszej Polsce tak w?a?nie z grubsza ju? wydoro?la?a. Jej pisarze jednakowo? jeszcze d?ugo nie b?d? mogli pozwoli? sobie na swoisty luksus kap?a?stwa s?owa. Czy chc?c tego, czy nie, s? oni wprost popychani przez adresatów swej twórczo?ci do odgrywania roli liderów narodowo?ci, bycia sumieniem narodu. La boh?me jest ?le widziana, bez cienia tolerancji; wr?cz gorszy i oburza. Ów terror moralny zmusza do celibatu etycznego, przynajmniej pozornego. Fanatyzm cnoty, rzecz jasna, deformuje utalentowanie, ogranicza albo i degeneruje. Twierdza Bia?orusinów w otoczeniu Polaków spina osobowo?? w samodyscyplinie w imi? nieartyku?owanego otwarcie zawo?ania: ?Nie damy si? spolonizowa?!" Bardzo to zrozumia?a postawa i dla innych mniejszo?ci narodowych Europy, s?dz?c z wra?e?, jakie wynios?em ze spotkania Pen-Clubu w s?owe?skim Biedzie kilka lat temu.

Zagadnienie marginalno?ci rynku czytelniczego dla pisarza z peryferii mniejszo?ciowej kraju naturalnie ?agodz? edytorzy odno?nego pa?stwa za miedz?. Za? w sytuacji twórcy bia?oruskiego nie przynosi to jakiej? w miar? dope?niaj?cej satysfakcji z powodu nieomal ca?kowitego wyrugowania z powszechnego u?ycia naszego j?zyka ojczystego przez imperialny komunizm. Nawet genialnie dobra ksi??ka bia?oruska nie jest rozchwytywana na Bia?orusi; dok?adnie to samo spotyka sensacyjny krymina?. J?zyk ten w odbiorze spo?ecznym dozna? bowiem wyobcowania. Trzeba lat i pokole?, a tak?e ogromnych zabiegów na skal? pa?stwow?, by przywróci? mu powszechn? oczywisto??. W odró?nieniu od dramatu s?owa celtyckiego w Irlandii czy Italii, bia?oruszczyzn? da si? resocjalizowa?, poniewa? zosta?a ona wyparta przez mow? pokrewn? i bliskoznaczn?, w przewa?aj?cej swej cz??ci zrozumia?? tak?e dla rdzennych Rosjan (Republika Bia?oruska czyni ju? takie starania).

Ten nieco przyd?ugi wst?p uwa?am za konieczny dla w?a?ciwego na?wietlenia samego tematu.

Pisarz bia?oruski w powojennej Polsce jest z zasady osob? po wy?szych studiach, nie zawsze humanistycznych. W tradycjach literackich tego narodu, zw?aszcza w pierwszych dekadach naszego stulecia, postrzegamy prawie bez wyj?tków wielkich samouków, którzy samotrze? dochodzili niezb?dnej wiedzy w tej dziedzinie. W?ród plejady m?odej Bia?orusi i pó?niej, nie sposób wskaza? kogo? z uniwersyteckim dyplomem. Nik?e przygotowanie warsztatowe i samo?wiadomo?? intelektualna musia?y negatywnie rzutowa? na jako?? utworów, nie bacz?c na wysok? intensywno?? utalentowania. Czo?owi poeci bia?ostockiej ?Bia?owie?y" (Bie?avie?y) nie potrzebowali zmaga? si? z podobnymi u?omno?ciami i gremialnie s?u?yli rad? swym s?abosilnym kolegom po piórze, dobijaj?cym do ?wiadectw ledwie maturalnych (doliczono si? takowych do dzi? oko?o stu). Problem tkwi w czym innym: czy autor jest skazany na j?zyk rodzinny? Niektórzy poszli w polszczyzn?, uwa?aj?c, i? dokonuj? tym samym lepszego wyboru lub b?d?c przekonani, ?e wierno?? mowie przodków wymaga d?wigania ci??aru jakowego? pos?annictwa, rozpraszaj?cego si?y na dokonania pozaliterackie, a wi?c niekonieczne w osi?ganiu artyzmu. Przepadli niczym kamie? w wod?; nikt z nich nie zaznaczy? si? w literaturze, chocia?by rokuj?cy spore nadzieje w okresie debiutanckim Aleksy Kazberuk, Edward Jaroszewicz, Miko?aj Samojlik.

Interesuj?c si? pisarstwem europejskim, zwróci?em uwag? na znamienny dla mnie szczegó?: brak w nim apeli do kochania wyrazu narodowego, fraz jak te moje ? ?Tobie tylko, s?owo bia?oruskie, k?aniam si? i wierz?. Bo?e mój! Religio moja!" Poecie j?zyka francuskiego czy angielskiego zabrzmi to nieco dziwacznie, nie z tych czasów. Zapewne d?ugo przyjdzie mi t?umaczy? mu, dlaczego u nas ka?dy wierszokleta zaczyna swe poezjowanie obowi?zkowo od z?o?enia deklaracji mow? wi?zan? w swej bezgranicznej mi?o?ci do j?zyka ojczystego, zaklinania na wszystkie ?wi?to?ci, by broni? go do ostatniego tchu, ko?cz?c czasami i tak? oto pogró?k?, zapami?tan? z dorobku Jurki Traczuka:

?I zst?pi gigant Bia?ej Rusi
I niczym zdrajców was wydusi!"
(przek?. w?asny)

Uporawszy si? z kwesti? j?zykow? na korzy?? mniejszo?ci, wykszta?cony aspirant pi?knego s?owa °d razu natyka si? na bujne pl?tawisko nast?pnych zagadnie?, z którymi ró?nie daje sobie rad?. Zadymanie si? mianowicie na bia?o-ruskim, a z osobowo?ci? sformowan? przez - dajmy na to - warszawsk? uczelni?, której dzielnie sekunduje potem otoczka psychobytowa pa?stwowo?ci przecie? niebia?oruskiej, ujawnia dylematy nieprzeczuwane wcze?niej. W zestawieniu z którymi permanentna czujno?? wobec w?lizguj?cych si? do tekstu pisanego makaronizmów odpolskich, polonizmów s?owotwórczych i stylistycznych, jawi si? drobiazgiem usuwanym rutynowymi wieloczytaniami przed drukiem. Wybór j?zyka okazuje si? by? wyborem ?wiata, innego od optyki Polaka. Nast?puje konflikt dwunarodowo?ci w jednostce, jak to okre?lam.

Odt?d poczynaj? si? zasadnicze dylematy twórczo?ci, o których jeno sporadycznie miewa poj?cie autor, objawiaj?cy si? w spo?ecze?stwie wi?kszo?ciowym. Jest czym? wielce prawdopodobnym, chocia? nie czuj? si? kompetentnym do przebadania tego, i? dotykam tutaj najg??bszych przyczyn kl?ski twórczej tych poetów, którzy ? pozostaj?c ca?ym swym jestestwem Bia?orusinami - wmówili sobie, ?e nimi nie s?. Mo?na skrótowo dopowiedzie?: Polakiem trzeba si? urodzi?...

Zarówno tre?? jak i forma s? w du?ej mierze warunkowane tradycjami literatury narodowej, kodem kulturowym, i wszystkimi tymi znakami wywo?awczymi, z których sk?ada si? najpierwsza odr?bno??, niejako porastaj?ca powierzchni? osobowo?ci bia?oruskiej. Pogr??enie si? twórcy w jej otch?aniach, stwarza mu niew?tpliwie szans? na natychmiastowy kontakt z czytelnikiem w?asnym, lecz w sytuacji jego ma?ego wyrobienia i braku rozbudowanych elit intelektualnych grozi swoiste lenistwo umys?owe, niedalekie odej?cie poza barier? grafomanii. Jak gdyby deklasacja talentu, skarlenie go w plebejskich nizinach, pogodzenie si? 2 minimalizmem artystycznym. Nie wsz?dzie jest to wyró?niane jako samoistne zjawisko; np. poj?cie pisarza ludowego w Polsce i w Rosji, pomimo wcale identycznego przej?cia pa?stwowo?ci stanowej, odbiera si? diametralnie inaczej: w Moskwie jako najwy?szy zaszczyt, i to od epoki Uwarowa, w Warszawie natomiast jako nieledwie przedsionek do ?wi?tyni sztuki.

To nie przypadek, ?e krytyka polska zalicza dorobek literacki bia?oruskiej mniejszo?ci narodowej do nurtu ch?opskiego (pomys?odawc? tego terminu sta? si? Henryk Bereza, najpe?niej definiuj?c go w swej ksi??ce Zwi?zki naturalne). Takie zaklasyfikowanie pisarzy ?Bidavie?y" irytuje ich z powodów ca?kiem innych, ani?eli, powiedzmy, Wies?awa My?liwskiego czy Stanis?awa Srokowskiego, których interesuje znalezienie si? w panteonie literatury narodowej, a nie ria piedesta?ach pogardzanej wiochy. Polacy notorycznie umacniaj? nas w podejrzeniu, i? jeste?my traktowani przez nich jako sympatyczni nieudacznicy, którzy zmierzaj? tylko okr??n? drog? ku polszczy?nie, niczym dawni unici na Litwie marz?cy o zlaniu si? z rzymskimi katolikami... Niechybnie dowarto?ciuj? si? ci prawie-Polacy. Wp?dzani w kompleksy, produkujemy sobie pomniejsze, odpryskowe. Wzdrygujemy si? wobec prób zamianowania nas literackimi wie?niakami, nienawidzimy pozowania a la mujic (muzyk); natr?tnie t?umaczymy, komu trzeba i nie trzeba, ?e stanowimy naród, nie ?adn? odmiank? z s?siedztwa. W ko?cu unikamy salonów warszawskich, owego odchamiania; aran?ujemy swoje ?obiady czwartkowe". Jest czym? zastanawiaj?cym, jak mylnie interpretuj? nasze ksi??ki koneserzy znad Wis?y i zarazem zadziwiaj?co trafnie nad Tamiz? (zob. Shirin Akiner: Contemporary Byelorussian Writers in Poland).

Egzystujemy troch? jak obcy kraik w kraju, uk?ucie dzikiej ró?y bia?oruskiej w pi?t? polsk?. Istniej? utwory, których nawet filobia?oruscy translatorzy nie zaryzykuj? t?umaczenia, niczym Tarasa Bulby Gogola czy Oszczercom Rosji Puszkina, a z naszego podwórca - Wrogom bia?oruszczyzny Kupa?y; nie wyobra?am sobie ukrai?skiej wersji Ogniem i mieczem Sienkiewicza. Nie potrafi?bym inaczej napisa? sw? Bia?oru?, Bia?oru?, która sta?a si? kamieniem obrazy dla Polaków, równie? z umys?owo?ci? o wiele przewy?szaj?c? nauczyciela gimnazjalnego. Etos kurnej chaty ci?gle ?ywy w wierszykach ?bie?avie?ców", chocia? ów desygnat mog? obaczy? obecnie jedynie w muzeach etnograficznych. I vice versa, niechaj sobie i sko?czony wsiok-Polak, gdy tylko dosi?dze Pegaza, wnet wplata w poezje dworki ?aci?skie z powsta?cami pod Or?em Bia?ym, nie ogl?daj?c si? wcale na Wiern? rzek? i to, ?e insurgentów styczniowych wy?apywali kozacy przy ochoczej pomocy dopiero co uw?aszczonych Borynów, którzy jak ognia bali si? odrodzenia Polski (zob. Józef Chlebowczyk: O prawie do bytu m?odych i ma?ych narodóiu. Kraków 1983).

Co jest rozwi?zywalne w publicystyce, sup?a si? w w?ze? gordyjski w sztuce pisarskiej. Literatura mniejszo?ci bia?oruskiej w Polsce nie jest wprost w stanie unikn?? chocia?by podtekstów antypolskich. Nie wynika to z ja-kowego? nieuleczalnego nacjonalizmu, bo ta patologia ?ród ludzi kulturalnych wywo?uje zawstydzenie porównywalne z nabawieniem si? syfilisu. Opowiadanie jednak?e, to nie artyku? w gazecie i je?li chce prze?y? swego stwórc?, musi zawiera? w sobie jak?? prawd? o ?yciu. A bia?oruska prawda nie wsz?dzie przystaje do polskiej. Ot i kolejny dylemat twórczo?ci, da? mu spokój i poszuka? substytutu? Ale, w takim razie, czy b?dzie to literatura? Czy raczej kwilenie pi?knoducha, tworzenie sobie a muzom? Jaki los narodu, takie i jego pi?miennictwo. Bia?orusin zawadza? Polakowi, nag?y lokator w tym samym domu, ??daj?cy wydzielonego mieszkania. Pierwsza Rzeczpospolita run??a w proch i nico?? w zamierzch?ych wiekach, lecz jej duch, przestrze? psychologiczna jeszcze trwa i upiornie straszy w za-wichrowaniach kryzysowych.

Ko?cz?c powy?szy w?tek, pos?u?? si? tez? m?odego badacza z USA, Adama Zamoyskiego: nowo?ytna Bia?oru? wychyn??a na ?wiat Bo?y jako naród z narodu. Jeszcze dla dekabrystów i dla pokolenia Wst?pnego Polska poczyna?a si? tu? za Smole?skiem, a ju? na pewno w Witebsku i Mohylewie. Bia?oruska mniejszo?? narodowa na dzisiejszej Bia?ostocczy?nie tkwi cz??ciowo w tak zastyg?ym czasie anachronicznym, z ci??kim kompleksem sieroco?ci, którym niepr?dko zachwieje emancypuj?ca si? pobok Republika Bia?oruska (nie ma czego? takiego u s?siaduj?cej z ni? mniejszo?ci literackiej, czuj?cej opieku?czy oddech macierzy-Litwy). Dlatego w naszej twórczo?ci literackiej nieg?sto spotyka si? odniesienia wszechbia?oruskie, jak gdyby nigdy i nie by?o p?powiny... Literaci emigracyjni na Zachodzie s? bardziej mi?sko-grodzie?scy ani?eli my, bowiem oni wynie?li ze sob? nielicho wa??cy baga? ukszta?towanej w centrum nade wszystko bia?orus-ko?ci. U nas ruch bia?oruski dozna? przerwy w powojniu, garstka inteligencji wygin??a w deportacji sowieckiej lub od kul poakowskiego podziemia, kieruj?cego si? stereotypem: Bia?orusin-komunista. Wystarczy powiedzie?, ?e zak?adaj?c u schy?ku lat pi??dziesi?tych ko?o m?odoliterackie przy redakcji tygodnika bia?oruskoj?zycznego ?Niva" w Bia?ymstoku, do?? ogólnikowo i mgli?cie zdawali?my sobie spraw? z istnienia literatury bia?oruskiej; zaledwie paru legitymowa?o si? wiedz? o niej w zakresie podr?czników licealnych. Czeka?y nas studia i wielce spó?niona dojrza?o?? warsztatowa; Bia?ystok by? wówczas pustyni? kulturaln?, wi?c podzielili?my poniek?d los wspomnianych samouków, tyle ?e mniej marudnie i, wskutek uzyskiwanego wykszta?cenia, szybciej wchodz?c w tajniki sztuki s?owa (?rodowisko, decyduj?ce o procesie literackim, uros?o nam dopiero po latach). Niektórzy dostrzegali w tym nieszcz??ciu unikaln? szans? na wytworzenie si? wysoce oryginalnej twórczo?ci, wolnej od obci??e? tradycj? polsk? z jednej strony i rzeczywi?cie bia?orusk? z drugiej. Czy mia?o wyj?? co? w rodzaju nowej nacji, wci?ni?tej, niczym Luksemburg, pomi?dzy przys?owiowymi m?otem i kowad?em? Oczywisty infantylizm owej kalkulacji, bardziej mo?e domniemania, ju? wtedy wzbudza? ?miech. Jednak nie przemin?? bez echa, zach?caj?c umys?owo sprawnych koniunkturalistów do polity-zowanych dywagacji na temat zaistnienia oto podliteratury polsko-bia?oruskiej (tu nast?powa? dyskretny uk?on w kierunku w?adz warszawskich) lub bia?orusko-polskiej, co w przeczuciu innych powinno by?o mile uspokoi? resortowych bossów na Kremlu, niepokoj?cych si? ewentualno?ci? irredenty Bia?orusinów w przygraniczu imperialno--rosyjskim. Ostro zabra?a si? za nasze teksty cenzura, przy czym podwójna, bowiem ka?d? fraz? najpierw analizowali spece z Ministerstwa Spraw Wewn?trznych, udzielaj?c lub nie zgody na udanie si? potem do terenowego cenzora. Spostrzegli?my niebawem, ?e policyjni lektorzy nie zwracaj? najmniejszej uwagi na ksi??ki wydawane w przek?adach polskich. Na przyk?ad, przed laty moje dwie powie?ci, ?ciana i Samo-siej, niemal bez zw?oki ukaza?y si? - pierwsza w Olsztynie, druga w Warszawie; w j?zyku orygina?u za? a? do dzi? le?? w szufladzie (ostatnio co? tam obiecuj? mi w Mi?sku). Bycie mniejszo?ci? w ogóle nie jest rzecz? przyjemn?, wymaga charakteru i samozaparcia, odkry? Jerzy Lovell z zapomnianego ??ycia Literackiego", autor Polski, jakiej nie znamy i pionier uobywatelniania mniejszo?ci w czasie, gdy ministrowie premiera Mazowieckiego wspinali si? po drabinie kariery gdzie indziej ani przeczuwaj?c zawalenia si? komunizmu.

Motyw urbanistyczny, miasto, dopiero pojawia si? w literaturze bia?oruskiej, a w jej bia?ostockim fragmencie zaznacza si? jeszcze mniej, ledwie kie?kuje. Stanie si? on bez w?tpienia dominuj?cy, lecz nie w takim stopniu, jak na mieszcza?skim Zachodzie. Obserwowane tendencje zmian w strukturze spo?ecznej naszej mniejszo?ci narodowej wyra?nie wskazuj? na zahamowanie ch?onno?ci aglomeracji wielkomiejskich na rzecz szybkiego rozrostu o?rodków satelickich i miasteczek. Bia?ystok uchodzi co prawda za centrum bia?oruskie, ali?ci urodzeni w nim wyrastaj? w zasadzie na Polaków, a ich do?? cz?sto spotykana bia?orusko?? jest deklaratywna, ju? nie etniczna. Jak dotychczas w ?Bie?avie?y" odnotowano jednego autora, rdzennego bia?ostocczanina, który jednak?e inspiruje si? kontaktami z nieodleg?ym okolem rodziców (Jaros?aw Janowicz). Talent pisarski fermentuje w ?ywiole j?zykowym, je?li nie w ludowym wymiarze, to przynajmniej ?rodowiskowym, co po?wiadcza spora plejadka naszych poetów wywodz?cych si? z centrów powiatowych (np. Nadzieja Artymowicz z Bielska Podlaskiego). W omawianej sytuacji martwota kulturotwórcza migracji jest porównywalna z emigracj? jako przemieszczenie si? w obce otoczenie. Na tej p?aszczy?nie nie widz? tu ró?nic.

Rustykalno?? w naszej twórczo?ci literackiej jest wyczuwalna nawet w tekstach wybitnie nasyconych filozoficzno?ci?. Nale?y mniema?, i? pozostanie ona w pi?miennictwie bia?orusko-mniejszo?ciowym tak?e i wtedy, gdy ze ?wiec? przyjdzie szuka? autora o prowieniencji rolniczej; miasteczka bowiem wywy?szaj? si? standardem cywilizacyjnym, nigdy za? odmiennym od dookolnego buszu widzenia spraw tego ?wiata. Ale nie jestem pesymist? w tej materii i, jak ?aden mieszczuch, czuj? wzrastaj?ce znaczenie psychicznego kurczenia si? kuli ziemskiej, czyli powstawania tzw. globalnej wioski. To na przysz?o?? jak gdyby. Tera?niejszo?? natomiast spycha nas niejako w anachronizm tematyczny; paroksyzmy p?aczu po utraconej Arkadii sielsko-anielskiej czy t?sknota za chodzeniem boso bruzd? w czas orki ko?mi, staj? si? czym? niezrozumia?ym równie? dla naszych miejskich dzieci, nie mówi?c o bli?szej lub dalszej Europie. Poe-zjowanie takowe wymaga wr?cz przypisów obja?niaj?cych.

B?dziemy literatur? g??bokiej prowincji? Ale? tak, i w tym jej niebagatelna szansa na niepowtarzalno??! Prosz? zwróci? uwag? na ubóstwo s?ownika i jego bezbarwno?? metaforyczn? u ludzi z du?ych miast. Przecie? to znamienne pod wieloma aspektami odbioru cz?owieka przez cz?owieka nade wszystko. S?owo jako narz?dzie, wielo?? jego i bogactwo zawsze rozkwita?o gdzie? w ekologicznie czystej Barbarii, a pojmane tam i przywleczone na rynek kultury podlega?o obróbce i wycenieniu. Pyszne ??ki s?ownictwa s? nie do pomy?lenia pobok fabryk i biur. Cywilizacja pieni?dza i towaru, niestety, uniformizuje.

Mówimy wi?c o zagro?eniach. O tych odnosz?cych si? do ka?dego pisz?-ce§o, przerastaj?cego dziennikarza, któremu to w zupe?no?ci wystarcza nieca?y tysi?c form s?ownych (badacze prasy twierdz?, ?e oko?o o?miuset). Ale i o tych tako?, konsekwencj? których mo?e by? zatracenie oblicza twórcy narodowego, stanie si? pisarzem polskim j?zyka bia?oruskiego. To daje si? unaoczni? przez powo?anie si? na efekt korka zanurzonego w wod?. Stosunkowo ?atwo albo i pod?wiadomie dokonuje si? zaaferowanie zagadnieniami z ca?? pewno?ci? decyduj?cymi o losie tego zak?tka zarówno w skali fizycznej jak i duchownej, lecz b?d?cymi wytworem narodu dysponuj?cego Pa?stwem. Oczywi?cie, mam na my?li tutaj stron? fakturaln?, budulec u?yty do ekspozycji artystycznej, co jest kwesti? tyle? odr?bn? jak i stanowi?c?

o istocie zwi?zku przyczynowo-skutkowego (s?u?ebno?? faktu-tre?ci wzgl?dem formy i vice versa). Nie da si? pogr??y? w g?uchot? wobec Polski, ale trzeba uwa?a?, by jej melodie nie zgasi?y w?asnego orkiestrowania. Jeziora s? ciekawe swymi zatokami; to je g?ównie zwiedzaj? tury?ci, by nie zanudzi? si? bezkresem tafli akwenu, monotoni? rytmu fal. Nie dopu?ci? do wybetonowania brzegów, wyrównania linii - oto wspólnota interesów literatury bia?oruskiej mniejszo?ci istniej?cej poza literatur? polsk?, ale wchodz?cej jako samoistny element do literatury Polski; bia?oruski podlos polskiego losu. Szufladkowanie pod?ug przynale?no?ci pa?stwowej? Czy kto? ma lepszy pomys??... Na ten przyk?ad literaci breto?scy nie s? francuskimi, lecz czy? nie reprezentuj? kulturalnej Francji? Ale, czy byliby postrzegani za takich, pisz?c wy??cznie po francusku? Zapewne tak, gdyby zadzia?a? syndrom z gatunku irlandzkiego, szwajcarskiego... Urywam, zreszt?, ów ci?g dywagacji, merytorycznie niewiele wnosz?cych do dylematów bia?oruskich w Polsce.

Wracam do niedopowiedzianego porównania: sp?awik z drzewa korkowego podsuwa mi dobry skrót my?lowy. Jest to znak na powierzchni widzenia, sygnalizuj?cy po?yteczn? g??bin?. Bez w?dkarza, jednakowo? to tylko z?udny ?mie?. Tak bywa ze s?owem bia?oruskim, nie zakorzenionym w ojczystej glebie; niczym wysch?y chwast, pomiatany przez wiatry i wichury. Ma ono racj? bytu tedy jedynie, kiedy ro?nie i kwitnie, i wydaje owoce. Je?li zast?pi go inne - odmieni si? widokowy krajobraz, zjawisko najmniej wa?ne, ale - i tu zdarza si? dramat w przyrodzie - ulega degradacji ukszta?towana przez epoki struktura bezpo?redniego podglebia. Tereny pora?one asymilacj? bardzo d?ugo nie o?ywiaj? si?, co wr?cz podr?cznikowo ilustruje obszar historycznego Podlasia na mapie literackiej Polski; niegdysiejsza gubernia siedlecka w paro-ksyzmie polonizacyjnym zd??y?a wyda? na ?wiat nietuzinkow? posta? Miko?aja Janczuka z Komicy, jednego z pierwszych profesorów Uniwersytetu Bia?oruskiego, znawcy literatur wschodnios?owia?skich. I wi?cej nie rodzi dla kultury a? po dzisiejszy dzie?, zanim nie zostanie uko?czona do reszty rekultywacja zmierzaj?ca do zlania si? tego regionu z area?em etnicznie polskim zarówno j?zykowego jak i psychicznego. Wch?anianie - to przede wszystkim trawienie, przyswajanie organiczne. Sama istota wszelkich praw, w tym i spo?eczno-kulturowych, polega na ich nieomijalno?ci. Do?wiadczenia ludzko?ci w zakresie asymilacji kultur, po?erania jednej przez drug?, dobitnie nawracaj? do szekspirowskiego pytania ?by? albo nie by?". Mniejszo?? zassana przez wi?kszo?? - to jeszcze ma?y dramat. O wiele wi?kszy rozgrywa si? pod postaci? wyja?owienia tak zaanektowanego obszaru, osadzonych na nim warto?ci humanistycznych. Kultura jest ?atwo zni-szczalna, a raz unicestwiona ju? nie poddaje si? odnowie, jak niepodobna przywróci? ?yciu zg?adzony gatunek przyrodniczy. Nie wolno zabawia? si? bia?orusk? mniejszo?ci? narodow?, niczym dziecko lalk?; to przydusi? j?, to wskrzesi?, bo to prowadzi wprost do zgonu.

Pisarz bia?oruski w Polsce jako indywidualno?? artystyczna po prawdzie ma?o ryzykuje znalezieniem si? w izolacji, prócz obiektywnie funkcjonuj?cej bariery mowy. Jest mu odrobin? trudniej z tej racji, ani?eli typowemu dla kraju prowincjuszowi pióra. Taka opinia w niczym nie przeczy moim wcze?niejszym wywodom, jako ?e mam na my?li jednostki unikalnie uzdolnione, owe niebosi??ne sosny ?ród pi?mienniczego poszycia, krzaków i choinek, bez których - dopowiem - niemo?liwym jest las. Ów drobiazg literacki pozostaje bez szans wyp?yni?cia na szersze wody, chocia?, patrz?c z przeciwleg?ej - a wi?c polskiej - strony, czerpie on dla siebie nieporównanie wi?ksz? satysfakcj? na p?aszczy?nie odbioru czytelniczego dzi?ki cyt. psychologii obl??onej twierdzy. To nie wp?ywa dobrze na poziom tekstów i wysi?ek warsztatowy, popycha w epigonizm lub wr?cz werbalizm, us?ugówo?? spo?eczno-polityczn?. Pozaliterackie imputacje przywódcze banalizuj? talent, nadmuchuj? go powiatow? genialno?ci?, która p?ka niczym ba?ka mydlana przy zetkni?ciu z prawdziwie rzeczywist? literatur?. Niestety, to zbyt cz?sty dramat autorów ?Bie?avie?y", na szcz??cie do?? pr?dko u?wiadamiany przez nich. Lecz stale obecny, migocz?c w emocjach i umy?le niewyra?n? lini? horyzontu, odkre?laj?cego niebo idei i ziemi? ?ycia; pomi?dzy byciem twórc? a Bia?orusinem. Smutno mi, Bo?e, kiedy spogl?dam na ruch polityczny, jaki uzewn?trzni? si? par? lat temu w?ród naszej mniejszo?ci narodowej: sami mini-Havlowie w nim. Zamiast pisa? wiersze i opowiadania, gard?uj? bardowie na konferencjach partyjnych, przewodnicz? jakim? grom, dowodz? podjazdami, pitrasz? referaty i sprawozdania z dzia?alno?ci, o której po roku ju? nikt nie pami?ta. Marnotrawi? si?... By? mo?e jestem bezsensownie kategoryczny, zapominaj?c, ?e nic nie powstaje w wie?y z ko?ci s?oniowej, w oddaleniu od ludzi.

W którym? ze swych wywiadów prasowych skonstatowa?em, i? sta?em si? pisarzem bia?oruskim wobec Polaków i, co wi?cej, dzi?ki nim w?a?nie. Zaskoczy?o to i mnie samego. Zacz??em zastanawia? si? nad mechanizmami mojego przypadku, w?sz?c jakie? odkrycie. Ale nie dosz?o do czego? takiego. Dziennikarz, podsuwaj?c mi takie pytanie, mia? na uwadze skal? odzewu edytorsko-czytelniczego, ja za? wnet zorientowa?em si?, i? idzie tutaj o zwyk?? kolej rzeczy: utwór dowarto?ciowuje autora, je?li jest t?umaczony gdzie indziej, najlepiej za t? lepsz? zagranic? lub przynajmniej okolic?; przy?piesza docenienie go.

Wyczerpuje mi si? lista specyficznych k?opotów pisarza mniejszo?ci bia?oruskiej, wszystkie inne bowiem s? takie same, niezale?nie od narodowo?ci i j?zyka. By? mo?e kto? pomy?li, ?e nie za bardzo mamy co wybiera? we w?asnych zasobach leksykalnych z powodu mniejszej przychylno?ci matki Historii do naszego rozwoju. ?eby unikn?? i tej mielizny wyk?adania rzeczy na poziomie lekcji licealnej, odpowiem, ?e skoro znawca angielszczyzny i cz?onek zarz?du ?Bte?avie?y" Jan Maksymiuk ko?czy ju? sw? kilkuletni? prac? nad bia?oruszczeniem Ulissesa, to nie ma problemu (ciekawostka biograficzna: jest on z wykszta?cenia fizykiem, a z powo?ania - no w?a?nie...).

Niejakie uczucie zabiedzenia wywo?uje w nas nadmiar poetów i posucha rfa prozaików (o epikach jeno marzymy). Przesiaduj?c nad lekturami powie?ciopisarzy z Mi?ska obiecujemy sobie solennie pój?cie w ich ?lady, lecz có? z tego, je?li zbo?ne ch?ci nie s? w stanie zast?pi? potrzebnego utalentowania. Nasi docenci od historii literatury uspokajaj? ?bie?avie?an", ?e w ko?cu nie jest ?le i ?e m?odo?? zawsze jest liryczna, a dojrza?o?? sa-flna przyjdzie z biegiem lat i epok. ?e si? nie da przeskoczy? samego siebie - dotyczy to tak?e i innych zbiorowo?ci ludzkich, narodów - do?wiadczy?em

Z w?asnej woli na swojej skórze. Przej?wszy onegdaj si? nik?? komplemen-terno?ci? gatunkow? dorobku literackiego w owym bia?oruskim fragmencie Polski, j??em si? pisania opowie?ci i powie?ci, dramatów i komedii, i jeszcze wype?nienia paru innych braków. Niektóre nawet wydrukowa?em, co wyznaj? dzisiaj z niema?ym za?enowaniem, bo w wi?kszo?ci okaza?y si? one ma?o poradnymi knotami, wysilonymi tekstami (trudno by? wierzchowcem b?d?c wa?achem). Pocieszam si? jednak tym, ?e chocia?by i zbrodnia nie bywa tak do cna wyprana z jakowego? sensu... Literatura, jej rodzaje, przecie? wsz?dzie poczyna?y si? grafoma?sko nieudolnie; najpierw pojawi? si? Miko?aj Rej, a dopiero po nim wielki Jan Kochanowski, ?e nie wspomn? o wuju Puszkina i samym Puszkinie. Ju? nie jestem rozrzutny w swych dniach i nocach, rachuj? je teraz skrz?tnie po przekroczeniu pó?wiecza ?ywota; nie eksperymentuj?, koncentruj? si? na tym, o czym na pewno wiem, ?e nie napracuj? si? z niewielkim po?ytkiem dla siebie i reszty mojego ?wiata. Ale stawiam sobie pytanie: czy ten mój obecny komentarz nie jest czasami pod?wiadomym refleksem psychologii obl??onej twierdzy, w której stale dba si? o pe?ny zestaw amunicji? A mo?e sta?o si? ze mn? wówczas co? ca?kowicie zwyczajnego - próbowanie swych si? w ró?nych kierunkach, by wybada? najw?a?ciwszy, mnie jednemu pisany?

W?tpi? tak?e i w to, aby uprawnionym by?oby zaszeregowanie do dylematów twórczo?ci, mojej i kolegów, równie? zastanawianie si? nad tym, ?e s?owo polskie w Polsce samo ci?nie si? na usta i papier, za? bia?oruskie trzeba specjalnie przywo?ywa?. Jakby sztucznie to nie zabrzmia?o, ale nie ja jeden postrzegam ów dodatkowy mozó? budowania frazy jako plus, przez los zes?any uzupe?niaj?cy wielce element filtru artystycznego. Wcale nie chuliga?ska w naszej sytuacji nachalno?? polszczyzny dzie?a, niczym niespodzianie korzystny podmuch, wywiewaj?cy z przygar?ci ziaren bia?oruskich precz ostatnie plewy (?atwo?? komponowania zda? - abstrahuj?c od genialnej d?oni - nieuniknienie za?mieca go s?ownictwem zbytecznym, niepotrzebnot? leksykaln? tzw. wat?, niekiedy tolerowan? przy rymowaniu). To taka drobnostkowa wed?ug mnie uwaga na sam fina? niniejszej wypowiedzi, któr? pozwoli?em sobie zako?czy? w tonie osobistym.


Bia?ystok, luty-marzec 1991 roku

------------------------------------------------------------------

Tekst pochodzi z "Krasnogrudy nr 12", wydawca: Fundacja Pogranicze


Sokrat Janowicz

Zwi?zek M?odzie?y Bia?oruskiej
Eseje
Bia?oruskie organizacje
Muzyka, sztuka
Historia
Spojrzenie na Mi?sk